O codziennej walce ze sobą i odpuszczeniu gdy boli…

Żal, wściekłość, smutek, poczucie bezsilności i beznadziei sytuacji. Taka mieszanka emocjonalna dotyka mnie za każdym razem kiedy moje ciało stwarza opory bym mogła wykonywać pewne ćwiczenia. Wstaję rano z bolącymi nadgarstkami do tego stopnia, że nie jestem w stanie ani za bardzo dźwigać ani np. otworzyć puszki z tuńczykiem. Wszystko przez specyfikę mojej pracy i wykonywanie miliona tych samych ruchów.  Przeszkadza mi również w ćwiczeniach za duży brzuch i wciąż mocno napięte plecy. Jedząc śniadanie każdego dnia zastanawiam się na jakie ćwiczenia mogę sobie pozwolić. Podejmuję się robienia Ripped in 30. I ćwicząc stykam się właśnie z tymi emocjami. Najchętniej wtedy bym zrezygnowała. Bo po prostu boli. Więc coś sobie ułatwiam by potem przy innym ćwiczeniu dać sobie wycisk. I to wszystko mnie przeraża. Negatywne myśli pojawiają się tak nagle. Widzę obraz umęczonej i spoconej siebie, która nie może pozbyć się tych barier w postaci brzucha, słabych rąk i słabego ciała. Mogłabym wymienić z 10 wymówek czemu teraz właśnie, w tym momencie powinnam przestać ćwiczyć i się starać. Nie rezygnuję jednak. I tak niemal dzień w dzień. Pokonuję słabości i ból,  który znieść się jeszcze da. Innym razem nie da. Dzisiaj natomiast ból nadgarstków i palców u rąk był tak duży, że nie mogłam pozwolić sobie na robienie Ripped in 30. Zrobiłam zatem trening kardio.
To wszystko jest po to by nie stać w miejscu. By udowadniać sobie, że trudności są na chwilę, może kilka chwil. A jeśli na dłużej to nie szkodzi. Chce budować zaufanie do siebie. Zaufanie, że potrafię. Doprowadzę wszystko do końca i jeszcze dalej. I tym którym się wydaje, że nie dadzą rady, bo są beznadziejnym przypadkiem chce powiedzieć, że ja też o sobie tak myślałam. Wystarczy zmienić myślenie. Naprawdę to wystarczy by ruszyć z miejsca. Zmiany przyjdą. Gwarantuję Wam.
****
Ten stan już nie jest aktualny. Ten post napisałam w Norwegii. Nie opublikowałam. Dzisiaj publikuję. Nie ćwiczę już ponad 1,5 miesiąca. Próbowałam robić coś. Cokolwiek. Znów nie wyszło przez ból. Kilka dni temu byłam u ortopedy. Nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Musiałam zrobić RTG kręgosłupa w kilku miejscach, w stawie biodrowym. Wszystko się okaże. Facet robiący rentgen wspomniał coś o kręgozmyku…
Dzisiaj na przykład nic nie boli. Za godzinę może się zmienić i nie będę mogła normalnie chodzić. Dowiedziałam się za to, że mam nieprawidłowo zbudowane kolana. Wreszcie wiem czemu unikam obcasów i nie umiem wytrzymać w nich za długo. Wiem też czemu czuję napięcie w stopach bardzo często. No i wreszcie czemu moje kolana ciągle strzykają. Człowiek chodzi po świecie i nie wie, że kolana ma jakieś nie takie jak trzeba 🙂 Tylko te kolana to pikuś. Gorzej jak z kręgosłupem będzie się działo coś poważnego. Dzisiaj się odcinam. Martwić się będę ewentualnie później. Wiem, że kluczem będzie aktywność fizyczna.
Miłego weekendu moi Drodzy 🙂
Ja uciekam do Warszawy. 🙂
Advertisements

One thought on “O codziennej walce ze sobą i odpuszczeniu gdy boli…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s