Szybkie śniadanie do pracy/na uczelnię/w domu

Znacie takie produkty na rynku jak „nesvita”, „coś na ząb” i inne gotowe mieszanki, które zalewa się jedynie wodą i ma gotowy posiłek w pracy lub na uczelni? Bardzo łatwo go zrobić samemu.
Potrzebujecie mleko w proszku (może być też być napój sojowy w proszku), płatki błyskawiczne (owsiane, żytnie, jęczmienne) i wg uznania owoce świeże/suszone/liofilizowane/orzechy/pestki dyni czy słonecznika. Możecie zrezygnować z cukru bądź zastąpić go zdrowszym odpowiednikiem.
Całość zalewamy wodą. Odczekujemy 3-4 minuty. Mieszamy wszystko i gotowe. 🙂 Taką mieszankę możecie zabrać w pudełeczku do pracy. Tanio, szybko i zdrowo. 🙂
Reklamy

Wisienki tygodnia #7

Ten tydzień nie obfitował w wiele nowych odkryć niestety. Dzielę się jednak tym co się uzbierało 🙂

1. Dodatki do żywności. Śmiało możecie sprawdzać co kryje się pod tajemniczymi symbolami na tej stronie.

2. Szczęśliwi posiadacze iPhone’ów mogą ściągnąć za darmo aplikację również o dodatkach tutaj.

3. Zrób to sam czyli  23 sposoby na ożywienie małej czarne. 

4. Jeśli macie problem ze zorganizowaniem się i ciągle gubicie skrawki karteczek w których zapisujecie swoje cele i zadania do wykonania spróbujcie Remember the milk.  Można tworzyć to do lists, listy swoich celów, zadania do wspólnej realizacji z innymi. Narzędzie umożliwia połączenie z Google Calendar, komórką itd. Rewelacja!
Czytaj dalej

Last week mobile mix #1

Lubię tego typu wpisy u innych bloggerek. Postanowiłam, że i ja Was takimi uraczę od czasu do czasu, a może częściej? Zobaczymy 🙂
 
W ostatnim tygodniu przeczytałam „Małego Księcia” by przypomnieć sobie po raz kolejny, że dorosłość czyni nas w pewnym stopniu ułomnymi i powinnam częściej przypominać sobie to co kocham w dzieciach. Literaturę również. Dział się też u mnie mały crafting. Robiłam coś o czym szaaaa, ale miałam przy tym niezły fun. Piłam kawkę z kimś kogo uwielbiam, w ładnych filiżankach do tego wszystkiego nigdzie się nie spiesząc. Coraz bardziej cenię momenty kiedy nie muszę patrzeć na zegarek tylko po prostu rozmawiam i cieszę się chwilą. Z tą samą osobą jadłam pyszną sałatkę z rukolą i fetą. Sfotografowałam wszystkie przewodniki podróżnicze, które z Emilką zamówiłyśmy z Lonely Planet. Czyż nie wyglądają cudnie? Gdy myślę o naszej podróży jestem podekscytowana, ale i przerażona. To już całkiem niedługo? Kilka miesięcy i już. :)))  Oprócz tego leżałam na trawie porośniętej jakimś fioletowym kwieciem, które sprawiało radość z racji samego rozkwitnięcia i dania znać „Hej! Jest wiosna”. A na samym dole w lewym rogu macie komodę zrobioną przez mojego cudownie uzdolnionego znajomego. Jest piękna i niepowtarzalna. W sam raz do dziecięcego pokoju. Niech żyje kreatywność! A ja zapraszam Was na facebooka Michała. Na zamówienie robi również ramki na zdjęcia, torby i inne rzeczy. A tutaj filmik z making of owej komody. 🙂

O codziennej walce ze sobą i odpuszczeniu gdy boli…

Żal, wściekłość, smutek, poczucie bezsilności i beznadziei sytuacji. Taka mieszanka emocjonalna dotyka mnie za każdym razem kiedy moje ciało stwarza opory bym mogła wykonywać pewne ćwiczenia. Wstaję rano z bolącymi nadgarstkami do tego stopnia, że nie jestem w stanie ani za bardzo dźwigać ani np. otworzyć puszki z tuńczykiem. Wszystko przez specyfikę mojej pracy i wykonywanie miliona tych samych ruchów.  Przeszkadza mi również w ćwiczeniach za duży brzuch i wciąż mocno napięte plecy. Jedząc śniadanie każdego dnia zastanawiam się na jakie ćwiczenia mogę sobie pozwolić. Podejmuję się robienia Ripped in 30. I ćwicząc stykam się właśnie z tymi emocjami. Najchętniej wtedy bym zrezygnowała. Bo po prostu boli. Więc coś sobie ułatwiam by potem przy innym ćwiczeniu dać sobie wycisk. I to wszystko mnie przeraża. Negatywne myśli pojawiają się tak nagle. Widzę obraz umęczonej i spoconej siebie, która nie może pozbyć się tych barier w postaci brzucha, słabych rąk i słabego ciała. Mogłabym wymienić z 10 wymówek czemu teraz właśnie, w tym momencie powinnam przestać ćwiczyć i się starać. Nie rezygnuję jednak. I tak niemal dzień w dzień. Pokonuję słabości i ból,  który znieść się jeszcze da. Innym razem nie da. Dzisiaj natomiast ból nadgarstków i palców u rąk był tak duży, że nie mogłam pozwolić sobie na robienie Ripped in 30. Zrobiłam zatem trening kardio.
To wszystko jest po to by nie stać w miejscu. By udowadniać sobie, że trudności są na chwilę, może kilka chwil. A jeśli na dłużej to nie szkodzi. Chce budować zaufanie do siebie. Zaufanie, że potrafię. Doprowadzę wszystko do końca i jeszcze dalej. I tym którym się wydaje, że nie dadzą rady, bo są beznadziejnym przypadkiem chce powiedzieć, że ja też o sobie tak myślałam. Wystarczy zmienić myślenie. Naprawdę to wystarczy by ruszyć z miejsca. Zmiany przyjdą. Gwarantuję Wam.
****
Ten stan już nie jest aktualny. Ten post napisałam w Norwegii. Nie opublikowałam. Dzisiaj publikuję. Nie ćwiczę już ponad 1,5 miesiąca. Próbowałam robić coś. Cokolwiek. Znów nie wyszło przez ból. Kilka dni temu byłam u ortopedy. Nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Musiałam zrobić RTG kręgosłupa w kilku miejscach, w stawie biodrowym. Wszystko się okaże. Facet robiący rentgen wspomniał coś o kręgozmyku…
Dzisiaj na przykład nic nie boli. Za godzinę może się zmienić i nie będę mogła normalnie chodzić. Dowiedziałam się za to, że mam nieprawidłowo zbudowane kolana. Wreszcie wiem czemu unikam obcasów i nie umiem wytrzymać w nich za długo. Wiem też czemu czuję napięcie w stopach bardzo często. No i wreszcie czemu moje kolana ciągle strzykają. Człowiek chodzi po świecie i nie wie, że kolana ma jakieś nie takie jak trzeba 🙂 Tylko te kolana to pikuś. Gorzej jak z kręgosłupem będzie się działo coś poważnego. Dzisiaj się odcinam. Martwić się będę ewentualnie później. Wiem, że kluczem będzie aktywność fizyczna.
Miłego weekendu moi Drodzy 🙂
Ja uciekam do Warszawy. 🙂

Wyznacz cel. Skutecznie!

Moja praca magisterka leży odłogiem. Wróciłam do Polski 3 tygodnie temu i nadal nie udało mi się za nią zabrać. Najpierw wszystko stopował brak komputera. Czekałam na nowy. Kiedy już go dostałam okazało się, że nie ma nigdzie w domu moich materiałów. Dzisiaj jednak szczęśliwie je znalazłam. W związku z tym, że jestem mistrzem odwlekania postawiłam sobie wreszcie z tym skończyć. Chcę stać się osobą obowiązkową i zdyscyplinowaną. Usiadłam więc i wyznaczyłam dokładnie cel. Opracowałam go szczegółowo, a przy okazji stworzyłam coś dla Was. Na swoim przykładzie poprowadzę Was po mojej instrukcji wyznaczania celów. 🙂 Zapraszam.

Ad 1. Chcę napisać moją pracę magisterską.
Ad 2. Do 9.06.2013 chcę aby była skończona bym mogła oddać ją do sprawdzenia promotorce.
Ac 3. Aby napisać pracę potrzebuję potraktować ją jako priorytet. W związku z tym każdego dnia będzie ona najważniejszą rzeczą do zajęcia się. Na bok powinien iść blog, czytanie książek, słuchanie muzyki i wiele innych codziennych czynności, którymi zajmuję się w zbyt dużym wymiarze czasu. Czynności te powinnam potraktować jako przyjemność. Napisanie pracy będzie obowiązkiem.
W przypadku braku dostępu do internetu i komputera biorę ze sobą wydrukowane materiały i tłumaczę je bądź piszę pracę w zeszycie. Do tej pory wyjeżdżając do Warszawy nie brałam ze sobą nic.
Ad 4. Napisanie pracy magisterskiej to zdecydowanie cel duży, wymagający podziału na etapy. Podzieliłam go na kilka partii. Np. dokończenie rozdziału o karotenoidach do 10.05.2013. Każdemu rozdziałowi przypisałam ramy czasowe, w których ma zostać zakończone pisanie. Oczywiście w zeszycie rozpisałam każdy podcel bardzo dokładnie. Tutaj nie chcę Was tym zamęczać, ale jeśli ktoś byłby zainteresowany jak to zrobić mogę dopisać tą część.
Ad 5. Realizacja celu zależy wyłącznie ode mnie. Nikt nie jest w stanie mi pomóc w tym zadaniu. Cała odpowiedzialność spoczywa na mnie. Mimo, że warunki w których będą pisała nie do końca są zależne ode mnie należy szukać rozwiązań sprzyjających pisaniu zamiast skupiać się na przeciwnościach.
Ad 6.  Ja pragnę realizacji.
Ad 7.  Po napisaniu pracy będę spokojniejsza. Będę mogła się wieloma innymi rzeczami i poświęcić się im, nie martwiąc się o wiszący nad głową problem w postaci magisterki. Poza tym definitywnie zakończę edukację na tym poziomie. Poczuję się lżej. Potem już tylko obrona i oficjalnie stanę się posiadaczką tytuły magistra. To przecież sukces! I duża radość. 🙂